bibliofilstwo

Tęsknota

sobota, Marzec 20th, 2010

Tęsknotę za pewnymi kwiatami i zapachami, a nawet za odrobiną rosy. Wydało mu się nieprawdopodobne, że takie właśnie rzeczy: kwiaty, zapachy, rosa, mogą istnieć w tym samym świecie, w którym on właśnie przebywa, podobnie jak wydało mu się niewiarygodne, że istnieją stowarzyszone z nimi uczucia tkliwości i uczucia żalu, które trzeba wyrażać całkowicie odmiennymi środkami aniżeli dźwiękiem bębna albo grzechotki czy też rytmicznym ruchem pośladków oraz czarnych piersi Murzynek. Tego samego rodzaju wiarę w tajemny wpływ otoczenia, które – odpowiednio dobrane – może ułatwić i pogłębić rozumienie czytanych utworów, wyznawał również Cyprian Norwid, wielokrotnie przytaczający wyczytane gdzieś słowa św. Bernarda z Clairvaux: „Więcej znajdziesz w lesie niźli w książkach”, i nawet wzmacniający je uwagą, że „niektóre Vedas miały to ostrzeżenie na początku, iż jedynie przez żyjących w lasach czytane być mogą z korzyścią” (i są jak najbardziej szczególnie zaś dla nas współczesnych ludzi z chorobą cywilizacyjną.

Połączenie i Marzenia

czwartek, Marzec 18th, 2010

Połączenie

Bardzo mi przykro, panie Gomulicki, ale tego diabła kupił pan Tuwim… Jak się okazało, Tuwim otrzymywał od Jonasza szczotkową odbitkę każdego katalogu, jeszcze na kilka dni przed rozesłaniem go do innych klientów, i w ten sposób był w stanie wyprzedzić wszelkiego rodzaju konkurencję. – A czy jest przypadkiem podróż do Biłgoraja, numer pięćset sześćdziesiąt jeden? – spytałem w końcu, tupotowi gołych nóg i niezrozumiałym okrzykom pląsających. W pewnej chwili oko czytającego zatrzymało się na słowie „nigra”, a zaraz potem w czarną, upalną noc afrykańską popłynęły z wilgotnych kart książki słowa dziwne, tajemnicze i niezrozumiałe, słowa łacińskich wierszy Calpurniusa, przywołanych przez siedemnastowiecznego pisarza-dziwoląga. Przedziwne połączenie tej kunsztownej skargi rozżalonego kochanka, tej dzikiej muzyki, tych namiętnych okrzyków i pląsów, tej upalnej nocy i tego nierealnego środowiska wywołało w wyobraźni pisarza nowe a interesujące, kontrastowe skojarzenia poetyckie i rozbudziło nieprzeczuwalną tęsknotę.

Marzenia

Zgasił wówczas światło i oddał się spokojnemu marzeniu, już tylko na pół świadomie przysłuchując się tanecznemu zgiełkowi dochodzącemu z oświetlonej księżycem polany. Takie osobliwe przeżywanie jakiegoś utworu poetyckiego na fali aktualnego wzruszenia czy nastroju sprzyjającego pewnemu konkretnemu, w szczególny sposób zabarwionemu odbiorowi jego obrazów i sytuacji, to okoliczność znana nie tylko estetykom, psychologom i badaczom literatury, zastanawiającym się nad tak zwaną identycznością dzieła literackiego, ale również samym pisarzom, którzy niejednokrotnie opisywali tego rodzaju wypadki (Chateaubriand, Lamb, Stendhal, France i wielu innych), a nawet domagali się czasem od czytelników specjalnej „inscenizacji” pewnych swoich utworów, które dopiero wtedy mogły wystąpić w całej swojej okazałości – albo w całej osobliwości – umożliwiając co wrażliwszym odbiorcom albo właściwsze, albo pełniejsze, albo wreszcie intensywniejsze przeżycie ich indywidualnych walorów (Lamartine, Wagner; po części Huysmans i inni).

Treść i nastrój i Historia

poniedziałek, Marzec 15th, 2010

Treść i nastrój

Treść i nastrój uroczej powieści Cazotte’a doskonale harmonizowały ponadto z innymi moimi ulubieńcami. Przede wszystkim z Rękopisem znalezionym w Saragossie Jana Potockiego, a także, choć w mniejszym stopniu, z powieścią Anatola France’a Gospoda Pod Królową Gęsią Nóżką, w której autor wykorzystał wiele motywów słynnej książki księdza de Vili ars Le Comte de Gabalis ou Entretiens sur les sciences secretes (1670), korespondującej z kolei – poprzez występujące w niej ondyny, gnomy, sylfy i salamandry – z moim ukochanym Złotym garnkiem Ernesta Teodora Amadeusza Hoffmanna. Cóż to zresztą za rozkoszna i obiecująca przygoda – romans z zakochaną diablicą! Przypomniałem sobie owe możliwości w roku 1934, gdy podczas jednej z wizyt w Bibliotece Krasińskich wpadł mi w rękę pierwszy polski przekład powieści Cazotte’a. Przeczytałem go wtedy za jednym zasiadem, a umieszczona w nim piosenka Biondetty wydała mi się przede wszystkim nawet dużo, naprawdę dużo bardziej interesująca aniżeli w tłumaczeniu Tuwima.

Historia

Wszystkie te przeżycia i wrażenia odżyły we mnie natychmiast po przejrzeniu przysłanego katalogu Jonasza. Natychmiast też, aby wyprzedzić innych ewentualnych amatorów, puściłem się z Zielnej na Świętokrzyską i już po dziesięciu minutach znalazłem się w anty-kwarskim Wnętrzu Wieloryba. – Proszę o numer sto dwudziesty trzeci – zwróciłem się zaraz do urzędującego za ladą ekspedienta (czy ekspedientki, bo już nie pamiętam). – To ma być Diabeł rozkochany. Zaindagowany zajrzał na półkę, później do własnego katalogu i oświadczył z flegmą, nie orientując się, jakie to dla mnie ważne. – Tego już nie ma. Sprzedane. – Jak to „sprzedane”? – wykrzyknąłem rozczarowany i zagniewany. – Przecież dopiero co rozesłaliście swój katalog. Czy już dzisiaj był ktoś przede mną? – Pan sobie życzy, panie Gomulicki? – rozległ się nagle głos Jonasza, który wyłonił się z pomieszczenia za sklepem. Diabła sobie życzę, panie Jonasz, ale widzę, że już wrócił do Piekła… Nastąpiła seria pospiesznych uściśleń, a zaraz potem ostateczne wyjaśnienie Jonasza.

Przygoda bibliofilska i Przygoda bibliofilska

środa, Marzec 10th, 2010

Przygoda bibliofilska

Z osobą Jonasza właśnie oraz z jego antykwariatem wiąże się moja ostatnia bardziej interesująca przedwojenna przygoda bibliofilska, którą mogę nawet stosunkowo dokładnie datować. Było to mianowicie albo 30 września, albo 1 października 1938 r., bezpośrednio po wręczeniu mi przez listonosza najnowszego cieniutkiego katalogu Jonasza („Katalog Antykwami Powszechnej”, nr 22), rozesłanego do klientów 29 września, dostarczonego im zaś najpóźniej w dwa dni po tym terminie. Zaczynał się ten katalog smakowitą (jak można się domyślać) Spowiedzią akuszerki (1909), kończył zaś Genezą i rozwojem nihilizmu w Rosji (1894) pióra Stanisława Zaleskiego, mnie jednak oślepiły w nim trzy pozycje najzupełniej odmiennego rodzaju. Jedna, a mianowicie plotkarskie Listki wichrem do Krakowa z Ukrainy przyniesione, była niestety za droga na moją kieszeń (75 zł), dwie inne wszakże można było kupić za przysłowiowe grosze, konkretnie zaś po złotych trzy, czyli za cenę, która w żadnym wypadku nie odpowiadała ich rzeczywistej, a o wiele wyższej, wartości.

Pierwsza książeczka
Otóż pierwszą z tych książeczek był anonimowy (w istocie Ignacego Krasickiego) Przydatek do opisania podróży do Biłgoraja (1783), a drugą, również anonimową (w istocie zaś Jacques’a Cazotte) – Diabeł rozkochany. Nowina hiszpańska (również 1783!). Obie, co więcej, łączyły w sobie cenną treść z miłym wyglądem zewnętrznym oraz z dużą rzadkością, spełniały więc prawie wszystkie najważniejsze warunki, jakim powinien odpowiadać prawdziwy „kąsek” bibliofilski. A do tego wszystkiego ów bajeczny Cazotte. Trzeba mianowicie wiedzieć, że już od dawna interesowała mnie zagadkowa postać tego oryginalnego pisarza i fantastyka. Jego „nowinę hiszpańską” (nouvelle espagnole) przeczytałem co prawda dopiero w roku 1925 (w przekładzie Juliana Tuwima pt. Diabeł zakochany), ale już kilka lat wcześniej poznałem słynną Przepowiednią Cazotte’a (pióra La Harpe’a), którą Aleksander Dumas ojciec wykorzystał w swoich Pamiętnikach lekarza, wkładając ją w usta Cagliostra (a to była ciekawa propozycja dosyć w tym przypadku).

Katalog i Ulubione miejsce

poniedziałek, Marzec 8th, 2010

Katalog

Bywałem tam prawie wyłącznie, podobnie jak w „Placówce”, po otrzymaniu katalogu, czyli owych głośnych początkowo „Szpargałów”, założonych bodaj z inicjatywy Tuwima i przez pierwsze dwa lata łączących aktualny katalog antykwaryczny z częścią artykułową. Najzupełniejszym przeciwieństwem kwaśnego Mrozowskiego i sztywnego Fiszlera – i to chyba pod każdym względem – był maleńki a żywy jak iskra Jonasz, mający swój antykwariat w drugim domu od rogu Nowego Światu (nr 4). Stanowiąca ów antykwariat długa, wąska i ciemnawa izba, zapełniona pod sam sufit półkami, sprawiała dość zabawne wrażenie, była bowiem podobna do wnętrza jakiegoś dziwacznego potwora morskiego, po którym to wnętrzu – niby biblijny Jonasz – uwijał się właściciel, zawsze wyjątkowo uprzejmy dla klientów i obdarzony iście fenomenalną pamięcią. U niego to właśnie najczęściej bodaj bywałem, zaskarbiając sobie z czasem sympatię tego antykwariusza, doskonale pamiętającego o moich dezyderatach i pozwalającego mi swobodnie grzebać po regałach.

Ulubione miejsce

Najchętniej wybierałem w tym celu prawy kąt w głębi antykwariatu, tam bowiem Jonasz urządził coś w rodzaju księgarskiej kwarantanny, i wyciągałem stamtąd, jedną po drugiej, co cieńsze i co ładniej oprawione książczyny, pośród których można było prawie zawsze znaleźć coś bardziej interesującego. Cóż ja tam jednak upolowałem? Wytężam pamięć, ale tym razem widzę jedynie długi szereg tomów i broszur, których tytułów – z jednym tylko wyjątkiem (o czym niżej) – nie udaje mi się jednak przypomnieć. Wiem tylko, że było ich bardzo dużo, co łatwe do zrozumienia, ponieważ Jonasz nie specjalizował się – jak Fiszler i Babecki – w niektórych jedynie „amatorskich” działach książkowych (heraldyka i genealogia, numizmatyka, militaria, varsaviana, łowiectwo itd.), ale kupował wszystko, co mu wpadło w ręce, ponieważ zaś dużo jeździł po kraju, a ponadto był obdarzony znakomitym węchem antykwarskim, zawsze więc można było znaleźć u niego, i to po cenie parokrotnie niższej od cen innych antykwariuszy, najrozmaitsze bibliofilskie cymelia.

Księgozbiór i Rekompensata

piątek, Marzec 5th, 2010

Księgozbiór

Znał się on dość dobrze na książkach i miewał czasem na swych półkach istne rarytasy bibliofilskie, tak wysoko jednak wycenione, że mogli sobie na nie pozwolić wyłącznie ludzie zamożni. Wychodząc od Jabłonki i wędrując w stronę Mazowieckiej wstępowałem dość często – była to bodaj kamienica narożna – do antykwariatu „Światło”, przemianowanego z czasem na „Placówkę”. Kierownikiem tego antykwariatu (za którego pośrednictwem, dodam nawiasowo, rozszedł się w 1919 r. księgozbiór mego ojca) był w moich czasach Wacław Mrozowski, człowiek uprzejmy nawet, ale tak kwaśny zawsze i tak boleśnie skrzywiony, że odstręczał co wrażliwszych klientów. Tych zwłaszcza, co lubili na własną rękę pomyszkować po regałach z książkami, a od czasu do czasu pośmiać się nawet i pożartować. Należałem do tej właśnie ich kategorii, toteż do „Placówki” chodziłem najchętniej wtedy, gdy przysłano mi jej nowy katalog (początkowo był on powielany) i gdy znalazłem w nim jakieś potrzebne mi pozycje – to były bardzo przyjemne momenty.

Rekompensata

Wtedy jednak przychodziłem tam tyle razy, ile tylko razy przypłynęła mi gotówka. I w tym antykwariacie zdobyłem jednak sporo smakołyków bibliofilskich. Był między nimi bardzo rzadki tomik komedii Woltera-Trembeckiego Syn marnotrawny (1780), ogłoszony pod nazwiskiem Ludwika Azarycza, były – o ile pamiętam – zbiorki poetyckie Felicjana (Faleńskiego) i był, co najważniejsze, piękny i trefnie zilustrowany egzemplarz jednego z pierwszych francuskich wydań Niebezpiecznych związków Laclosa. Chyba to zupełnie godziwa rekompensata za kwaśne humory gospodarza? A teraz skok przez Mazowiecką, z postojem pod nie-wielką jednopiętrową kamieniczką (nr 10), do której młody Fiszler przeniósł w 1932 r. swój antykwariat, urządzając go tutaj na sposób bardziej europejski, na wystawie zaś umieszczając teraz nie tylko książki, ale również – za przykładem Jakuba Mortkowicza – stare ryciny. Najczęściej poszczególne plansze ze słynnego Kramu malowniczego Jana Feliksa Piwarskiego albo z Albumu widoków polskich Napoleona Ordy.

Miejsca i Antykwariat

środa, Marzec 3rd, 2010

Miejsca

I w przypadku Galla zapamiętałem wygląd kupionego wtedy egzemplarza: był czyściutki, nieobcięty, w żółtym półskórku i z prostokątnym grzbietem. Rzadko tam chodziłem, właściciel nastawił się bowiem na dwie specjalności, które były dla mnie obojętne: sprzedaż używanych podręczników szkolnych i uniwersyteckich oraz popularnych dzieł z zakresu darwinizmu, seksuologii i chorób wenerycznych. Równie rzadko widywał mnie Baumkoler, łysy, brodaty i niechętny klientom staruszek, którego antykwariat leżał również po nieparzystej stronie Świętokrzyskiej, ale już poza placem Napoleona, bliżej ulicy Marszałkowskiej. Pora już jednak, żeby przejść na drugą stronę ulicy i zacząć wędrówkę w kierunku odwrotnym, do Nowego Światu. Otóż najbliżej Marszałkowskiej znajdował się (mniej więcej do 1935 r.) spory antykwariat Joachima Babeckiego, który ostrogi antykwarskie zdobył przy swym teściu, Englercie, ale któremu zawsze przeszkadzało w interesach słabe zdrowie, coraz częściej zmuszające go do korzystania z pomocy małżonki.

Antykwariat

Po tej samej stronie Świętokrzyskiej znajdował się jeszcze antykwariat Millera, nawet z daleka łatwy do odróżnienia z powodu zielonego koloru bocznych szafek wystawowych. Sporadycznie jedynie odwiedzając Babeckiego, stale jednak zachodziłem do niedaleko położonego „Bazaru Literackiego”, najpierw do starego Jakuba Jabłonki, a później do jego sukcesorów. Przyjmowano mnie tam zawsze w sposób wyjątkowo uprzejmy, książki zaś wyceniano w sposób bardzo umiarkowany, toteż nabyłem tam sporo rozmaitych dzieł, głównie „młodszych” zresztą, przede wszystkim zaś wiele książek mego ojca oraz po moim ojcu, a także rzadkich zbiorków poetyckich i nowelistycznych. W „Bazarze” również udało mi się kupić piękny egzemplarz słynnej wiedeńskiej edycji Sofijówki Trembeckiego (1815), ozdobiony kompletem akwatint pejzażowych, tym się jednak różniący od innych, że obydwa portrety autorskie (tj. Trembeckiego oraz jego tłumacza, hr. de Lagarde) miał jedynie w litograficznych kopiach, wykonanych w 1836 r. w warszawskim zakładzie litograficznym

Targi i Doświadczenia

poniedziałek, Marzec 1st, 2010

Targi

Egzemplarz Opowiadań był mianowicie w doskonałym stanie: czyściutki, błyszczący i w świetnie zachowanej oryginalnej (czerwone płótno) oprawie wydawniczej. Do targów, jakie się z nimi prowadziło, wtrącała się często i matka (?), stara energiczna Żydówka, która stawiała cenę „ostateczną” i jedynie z trudem dawała się czasem przekonać, że „to może jednak za drogo”. Po tej samej stronie ulicy, ale dużo głębiej (nr 19), mieścił się pierwszy antykwariat Fiszlerów, nabyty przez starego Kelmana Fiszlera, o przydomku Mączarz, od Jakuba Przeworskiego. Nazwisko poprzedniego właściciela znałem nb. od wczesnego dzieciństwa, i to w popularnej w naszym domu formie „Piesmorski”. Jeśli chodzi o jego następców, to ojciec mój nie lubił Kelmana, któremu nawet srodze przygadał w swoim czasie na łamach „Przewodnika Antykwarskiego” (pisał tam o nim m.in.: „Pan Fiszler, właściciel składu mąki, a zarazem Ťutrzymującyť antykwarnię”), ja zaś z kolei nie miałem serca do jego eleganckiego syna Bernarda, który w 1930 r. srodze nabrał mnie i mego ojczyma, biorąc od nas na wymianę partię starych książek z XVIII-XIX w.

Doświadczenia

Pomimo owych niemiłych doświadczeń i ten antykwariat wspominam jednak z sentymentem, utkwiło mi bowiem w pamięci, żem nabył w nim parę pierwodruków Krasickiego, a także trzy książki, które odegrały dużą rolę w moich gimnazjalnych jeszcze, a później studenckich zainteresowaniach i „studiach” naukowych. Pierwszą z nich był gruby tom Obrazów i wizerunków historycznych Kraushara (1906), drugą – Zbiór dokumentów średniowiecznych do objaśnienia prawa polskiego ziemskiego służących Piekosińskiego (1897), czyli mój pierwszy posiadany na własność „kodeks dyplomatyczny”, trzecią – Martini Galii Chronicon (1824) w starannej edycji Bandtkiego. Ileż przyjemności dostarczała mi ta książka, począwszy od grubego mięsistego papieru jej kart i od czerni jej dużych, wyraźnie odbitych czcionek, skończywszy zaś na lekturze tekstu, tak interesująco przekazującego w swojej dwunastowiecznej rytmizowa-nej łacinie to prawdy, to półprawdy, to legendy, to zmyślenia wreszcie o naszej wczesnośredniowiecznej historii!